Legendy

BOCHENEK CHLEBA I GŁODNY WÓŁ

Rządy rycerzy Zakonu Krzyżackiego były bardzo okrutne i nie przestrzegały żadnych umów. Tak też było i z ugodą zawartą w Dzierzgoniu w roku 1249 przez Mistrza Zakonu z Prusami. Wywołało to wielki gniew Skomanda- wodza zuchwałych Jaćwingów, który postanowił srogo ukarać zdradzieckich krzyżaków. Przybył tedy na ziemie do Chełmna należące, a spustoszywszy okolicę cała przystąpił do oblężenia miasta. Mieszkańcy bronili się dzielnie, lecz wobec przedłużającego się oblężenia poczęło brakować żywności. Nie chcieli się jednak poddawać głodem wzięci. Obmyślili tedy fortel, by nieprzyjaciela oszukać i zniechęcić do dalszego oblegania Chełmna. Na polecenie władz miasta ludzie zebrali resztki mąki, po częstokroć zeskrobując ją ze ścianek naczyń i upiekli zeń okrągły bochen chleba. Choć głód doskwierał wszystkim nikt nie sprzeciwił się wykonaniu zadania. Ów bochenek wystrzelono z katapulty w kierunku oblegających. Jednocześnie też wyprowadzono głodnego wołu, który tak okrutnie ryczał z głodu, że zdało się, iż stado całe w mieście się znajdowało. Oprowadzono zwierzę wzdłuż murów, a następnie wypuszczono.

Wielce się zdumieli Jaćwingowie tym postępkiem mieszkańców Chełmna. Dotąd bowiem byli przekonani, iż oblężenie skończy się wkrótce i miasto padnie głodem zdobyte. Skomand zasępił się wielce i przekonany, że najwyraźniej miasto jest doskonale zaopatrzone w żywność i nie podda się rychło odstąpił od oblężenia.

 

CUDOWNE ŹRÓDEŁKO
Bardzo dawno temu na Rybakach mieszkała uboga rodzina Stołowskich. Byli to ludzie pobożni, którzy wielką czcią darzyli Matkę Przenajświętszą, której obraz piękny, malowany na drewnie posiadali w swym domu. Żyli też szczęśliwie z gromadką dzieci. Zasmucało ich tylko jedno. Był to najmłodszy synek Stasiek, niewidomy od urodzenia.

studzienka

Największym majątkiem rodziny była szablastoroga koza, która dostarczała wszystkim mleko. Zwierzę otaczano więc szczególną opieką. Każdego dnia jedno z dzieci prowadziło ją na łączkę i pilnowało, by pasła się dobrze. Gdy starsze dzieci przeszły do trudniejszych prac, pastuszkiem został Stasiu, który cały czas trzymał za powróz uwiązany do szyi zwierzęcia.Pewnego dnia chłopiec obudził się w radosnym nastroju i pobiegł od razu do matki.-Mamo! Mamo! Ja będę widział i księdzem zostanę!- zawołał.Zasmuciła się kobieta na te słowa nieszczęsnego dziecka.

-Daremne to marzenie, mój synu.- westchnęła- Zostać księdzem nie jest łatwo, a ty jeszcze nie widzisz.

Staśka jednak te słowa nie zmartwiły. Uśmiechnął się jasno do matki i dodał z niezachwianą wiarą.

-Ale ja będę widział kochana matko. Zobaczysz, że będę widział, bo mi dziś w nocy tak Matka najświętsza powiedziała. Pokazała mi też gdzieś ziemię i mówiła: Weź tylko tek wody i potrzej oczy, a przejrzysz. Także Ona mi mówiła, że księdzem zostanę.

-Bodajbyś już lepiej nie gadał, jeno szedł na pole, do roboty.-odparła zdenerwowana matka.

Wzięła tedy kozę na postronku i poprowadziła z chłopcem na górę nieopodal miasta.

-Teraz mi tu dobrze paś, chłopcze żeby się kózka pożywiła a nie myśl o marzeniach. Lepiej do pana Boga się pomódl.

Koza chodziła z początku spokojnie i skubała trawę. Jednakże w pewnej chwili zerwała się nagle, zaczęła się szarpać i biegnąć przed siebie. Biedny chłopiec nie puścił jednak powrozu i kurczowo go trzymając biegł w ślad za zwierzęciem. Wlokła więc koza płaczącego Stasia przez łąki, zaorane zagony, wyboje i kamienie. Pokrzywy i ciernie raniły go, na gałęziach podarł giezło, lecz nie pozwolił kozie umknąć. Wreszcie zmęczona zatrzymała się na skraju małego wzgórza. Zapłakany chłopczyk uspokoił się nieco i usiadł na ziemi. Doleciał go wówczas zapach poziomek. Ucieszył się bardzo.

-O Bogu dzięki, za mój strach będę miał jagódki.

Jeszcze nie zjadł ni garsteczki poziomek, gdy poczuł zapach miodu. Szukał po ziemi i znalazł kotlinkę, w której znajdował się susz z miodem. Zjadł nieco, lecz przypomniał sobie, że nie zostawił nic dla rodziców. Zaczął więc grzebać głębiej. Wreszcie natrafił na ostry kamyk, który wyrwał z ziemi. Wówczas to stała się rzecz niezwykła. Z głębi wytrysnął strumień wody. Zląkł się na chwilę Stasiu, lecz słowa Matki przenajświętszej sobie przypomniał. Padł tedy na kolana i złożywszy ręce pomodlił się żarliwie. Cały drżący zaczerpnął wody ze źródełka, umył twarz i oczy. Z niepokojem w sercu podniósł głowę i… radość ogromna go ogarnęła, bowiem ujrzał niebo błękitne, trawę zieloną, miasto majestatyczne i wąwóz, w którym siedział. Rozpłakał się chłopiec z wielkiej wdzięczności.

Kiedy zaś wieczorem odnalazła go matka jej radość z cudownego uzdrowienia syna nie miała granic. W latach późniejszych źródełko obmurowano i zbudowano nad nim małą kapliczkę, w której umieszczono obraz Matki Boskiej.

 

DUCH W BASZCIE

 

W dawnych czasach, gdy mieszkańcy Chełmna nie chcieli podporządkować się woli Zakonu Krzyżackiego, do miasta wkroczył podstępem rycerz morawski Bernard Szumborski ze swoimi ludźmi. Był on na służbie Zakonu, a jako, że panem był okrutnym wielu ludzi posłał na tamten świat. Jednak i o nim śmierć nie zapomniała. Po blisko dwudziestu latach rządów w Chełmnie znalazła się dzielna niewiasta, która podsunęła Bernardowi kielich z trucizną.

Zmarł Szumborski pośród straszliwych mąk, lecz jego zbrodnie nie zostały darowane. Jego duch nie znalazł wytchnienia i przez wieczność przebywać będzie na poddaszu baszty zwanej prochową. Dodatkową zaś karą, o wiele bardziej srogą dla okrutnego rycerza jest to, iż opiekować się musi miastem, które w sposób tak niegodziwy niegdyś wyzyskiwał i grabił.

 

baszta

 

Otóż bowiem ci wszyscy, co teraz działają na szkodę Chełmna i jego zabytków spotkają się na swej drodze z duchem który za życia nie da im spokoju, zaś po śmierci dusze ich zabierze na to samo poddasze, by po wieczne czasy dotrzymywały mu towarzystwa.

 

DZIELNE NIEWIASTY

 

W czasach, gdy Chełmno było warownym grodem plemiona pruskie często dokonywały zuchwałych napadów. Mieszkańcy, choć ludzie dzielni i nigdy wrogom nie ustępujący, nie byli wszakże nieśmiertelni. Zdarzyło się razu pewnego, że wszyscy mężczyźni, którzy pozostali w grodzie polegli po krwawej walce. Na łasce okrutnego wroga pozostali jedynie starcy, kobiety i dzieci. Prusowie byli już pewni zwycięstwa i przystąpili do ostatniego szturmu.

Dzielna niewiasty z Chełmna nie zamierzały jednak poddać się bez walki i postanowiły stawić opór nieprzyjacielowi. Nazbierały w fartuchy popiołu z ognisk domowych i bez strachu wstąpiły na mury. Prusów ogarnął wielki śmiech, lecz do szturmu przystąpili. Gdy jednak zaczęli się wspinać po drabinach, niewiasty sypały im popiół w prosto w oczy. Niejeden spadł oślepiony zaś pozostałych w ten sposób zmusiły do odwrotu.

 

KOŚCIELNE DZWONY

 

W dawnych czasach w Papowie Biskupim stał kościół wspaniały, o wiele piękniejszy od obecnego. Ludzie chodzili tam tłumnie na nabożeństwa i z wielką gorliwością słów księdza słuchali. Razu pewnego jednak do kościoła przybyła niewiasta, która cnotą cierpliwości nie grzeszyła. Nie podobało się jej zbyt długie kazanie i jęła się kręcić zniecierpliwiona. Próżno ją ludzie pobożni uciszać próbowali. Wywarło to zgoła skutek odwrotny. Kobieta niepomiernie się zdenerwowała i zapomniała zupełnie, iż znajduje się w uświęconym przecie miejscu. Wzięła się gwałtownie pod boki i na kościół cały niespodziewanie zakrzyknęła:

-O, do kroć set! Skoro tak wam tutaj dobrze przesiadywać, przesiadywajcie i do skończenia świata! Ja stąd idę, choćby i do diabła!

Nie zdołała niewiasta kościoła opuścić, gdy grzmot się rozległ straszliwy, a spod ziemi pomruk się dobył. Struchleli ludzie na te dziwy niezwykłe. Modlitwa zamarła na ustach kapłana. Wszyscy rozglądać się poczęli dookoła; wielu na kolana padło modlitwy żarliwe o zmiłowanie wznosząc; inni zaś ze swych siedzisk się zerwali by ku wyjściu pobiegnąć. Również i niewiasta, co bluźnierstwem święte miejsce pokalała pobladła przerażona nic już rzec nie mogąc. Nikt z zebranych nie zdołał uczynić ni kroku, gdy kolejny grzmot a zaraz potem wstrząs ogromny kościołem wstrząsnął. Rozległy się tylko krzyki rozpaczliwe i modlitwy głośne, zaraz przez huk potężny na wieki stłumione… W jednej chwili bowiem kościół cały wraz z przebywającymi tam wiernymi zapadł się pod ziemię, a w miejscu tym powstało jezioro.

Mijały lata i ludzie z wolna zapominać zaczęli o tej tragedii wielkiej. Nowy kościół w Papowie Biskupim pobudowano i ludzie tam swe modlitwy zanosili. Jedynie starzy opowiadali niekiedy o tym jak Pan Bóg ukarał za bluźnierstwo w świątyni. W nowej świątyni brakło też dzwonów.

Razu pewnego brzegiem jeziora szła młoda, śliczna panna o imieniu Zuzanna. Było to dziewczę pobożne wielce, a znało historię zatopionego kościoła, gdyż dziadkowie jej wielokrotnie ją opowiadali. Dlatego zawsze przechodząc u brzegów jeziora zmawiało słowa modlitwy za dusze nieszczęsnych. Był to zasię piękny dzień, świeciło słońce, a po lazurowym niebie płynęły białe obłoczki. Zachwycona Zuzanna pochyliła się nad skrzącą się taflą jeziora i nagle, tuż obok swej twarzy dojrzała coś jeszcze. Wystraszona krzyknęła i odskoczyła od brzegu. Stała tak nieopodal nieporuszona, w strachu nie mogąc uczynić ni kroku. Tymczasem w wodzie coś się zakotłowało i z odmętów wyłoniły się trzy piękne dzwony. Ozwały się one w sposób cudowny, gdyż głos ich słyszała dziewczyna jeno w sercu swoim.

-Zabierz nas ze sobą, panno Zuzanno… Zabierz nas do kościoła… Prosimy cię, panno Zuzanno…

Zasmuciła się na te słowa dziewczyna i spoglądając na dzwony ręce bezradnie rozłożyła ręce.

-Nie poradzę was…

Zdawało się jej jednak, iż zasmucone dzwony wciąż wydzwaniają jej imię. Z wielkim trudem zdołała więc wydobyć z jeziora jeden dzwon- ten najmniejszy i najlżejszy. Uczepił się on jej długiego warkocza i w ten właśnie sposób do wsi go przyniosła. Uradowali się wielce ludzie na ten widok niezwykły i pośród procesji uroczystej dzwon zawieszono na dzwonnicy kościelnej.

Pozostałe dwa dzwony nadal znajdują się w wodach jeziora, zaś w dzień Wielkanocy, gdy rozpoczyna się rezurekcja wołają żałośnie z otchłani:

-Panno Zuzanno! Panno Zuzanno!

Ten rozpaczliwy dźwięk, który wydobywa się z głębi jeziora będzie trwał tak długo, aż nie znajdzie się inna panna godna tego, by dzwony ujrzeć i ocalić.

 

PANNA ZAKLĘTA

 

W dawnych to było czasach, gdy Unisław był warownym grodem. Żyła ta wówczas dziewczyna o urodzie tak niezwykłej, iż każdego kto na nią spojrzał urzekała. Mężowie skrycie wzdychali do pięknej panny, zaś niewiasty z zazdrością wielką na nią swe oczy kierowały. Ona wszelako nie patrzyła na nikogo wierna słowu danemu wybrakowi, który na wojnę wyruszył. Bardzo często spotkać ją było można jak szła z wiadrem w ręku do studzienki, gdzie zatrzymywała się i ze smutkiem spoglądała w wodę. Panna nie wiedziała wszelako, iż w grodzie żyła niewiasta, co na czarach się znała i wielką nienawiść ku niej żywiła. Po wielokroć przyglądała się dziewczynie aż wreszcie rzuciła czar okrutny.

Od tego czasu zwykle w samo południe ujrzeć można jak z góry co dawniej grodem była wychodzi piękna panna. W ręku trzyma wiadro i wolno, nikogo nie dostrzegając idzie do studzienki. Nabiera tam wodę i ponownie powraca do góry, która się przed nią otwiera. Nie znalazł się jeszcze śmiałek, który by pannę zaklętą uratował.

 

TEXT I FOTO :Anna Koprowska
Powered by WordPress | Download Free WordPress Themes | Thanks to Themes Gallery, Premium Free WordPress Themes and Free Premium WordPress Themes

stat4u